17
2010Dawno nie pijałem jednorodnych kaw więc miałem pewne obawy ale postanowiłem zaryzykować i zamówiłem. Kawa zamknięta w standardowy woreczek z zaworkiem (data palenia 12 kwietnia), który wrzucono do bąbelkowej koperty i powierzono poczcie. Na szczęście Pan Listonosz (którego pozdrawiam) nie próbował wciskać paczki do skrzynki. Chyba nie miałem jeszcze tak świeżej kawy – po 4 dniach od wypalenia była u mnie.
Nie wytrzymałem do następnego dnia i postanowiłem zrobić strzał testowy jeszcze wieczorem. Strzał się udał nad podziw dobrze. Wstrzeliłem się z ustawieniem młynka po poprzednich ziarnach. Strzały powtórzone następnego dnia również przyniosły bardzo pozytywne doznania więc na szczęście nie był to fart.
Ziarna pachną bardzo przyjemnie i delikatnie. Palone nie za ciemno po zmieleniu mają aromat przypominający suszone owoce (głównie rodzynki). Po podniesieniu dźwigni z wylewki zaczyna wypływać orzechowy płyn przeplatany jaśniejszymi liniami. Wygląda bardzo apetycznie i na wyglądzie się nie kończy. Crema orzechowa, z pięknym tygryskiem jest gruba, gęsta i szybko nie znika. Smak bez cienia goryczy za to kwaskowaty w swojej świeżości (a może świeży przez swoją kwaskowatość) z wyraźnymi owocowymi nutami (dla mnie śliwka jak nic). Body delikatne, aksamitne.
Kawa smakuje mi zarówno jako doppio jak i espresso chociaż mam wrażenie w w postaci tego drugiego jest bardziej owocowa.
Jak na pierwszy test ziaren z palarni Square Mile jestem zachwycony. Jak na razie najlepsza kawa jaką piłem.
Podobne wpisy:
- Kawowe opowieści Długo oczekiwany moment w końcu nadszedł. Na kuchennym blacie miejsce...
- Obrazki Katie Fanem panny Melua jestem od “Call off the search”. Cudowne...
- Powiśle przy Wiśle Dawno, dawno temu weekendy spędzałem maszerując po mieście z aparatem...
- Podróże z espresso Przełamując poniedziałkowe stereotypy zamieniłem wieczór przed monitorem komputera na wyprawę...